Nastrojowo

– Kochanie, zawieś gwiazdę na szczycie choinki. Nie mogę dosięgnąć.

Cieszyłam się ze świąt. Tylko ja i on w naszym nowym domu. Pierwszy raz obchodziliśmy święta jako małżeństwo, sami. Marek zawiesił gwiazdę, objął mnie ramieniem i podziwialiśmy drzewko świecące kolorowymi lampkami. W powietrzu rozchodził się zapach pasty do mebli i świerkowych igieł.

Wtuliłam twarz w kaszmirowy sweter męża, czułam ogarniającą mnie radość , w domu panowała cisza przerywana tylko skrzeczeniem papug. Nasze święta, bez tej nerwowej krzątaniny i stresu związanego z przygotowaniem potraw. Kto dziś przyrządza dwanaście dań? Groch z kapustą i kasza jaglana z okrasą? Nikt tego nie je. Spokój i cisza, zapowiadały się święta idealne.

Drrrr, drrrr

– Otwórz, proszę, muszę przypilnować mleko na ser.

Po chwili Marek pojawił się w drzwiach do kuchni, na jego twarzy błąkał się dziwny uśmiech.

– Mamy gościa, mamusia przyjechała ci pomóc. Nam pomóc – poprawił się.

Za jego pleców wyszła teściowa, ściągała futro ze srebrnego lisa. Sztuczne, ale i tak to nie zmieniało mojej niechęci.

– Mamy niewiele czasu. Trzeba tyle rzeczy przygotować. Kupiłaś szynkę?- Nie kupiłam – odpowiedziałam machinalnie.Chciałam dodać, że nie jemy mięsa w Boże Narodzenie, ale teściowa weszła mi w słowo.

– Tak myślałam. Kupiłam u rzeźnika dużą szynkę z kością. Trzeba ją zapeklować i odstawić w ciemne miejsce. Pamiętaj, aby ją odwracać co drugi dzień. Mareczku, odłóż mój płaszcz do szafy, dziękuję. – Podała lisa synowi i zaczęła przeglądać szafki.

– Zrobię ciasto na piernik, trzeba je włożyć do szklanego naczynia i przykryć ściereczką, musi poczekać do 20.12

– Też trzeba je przewracać co drugi dzień? – spytałam z tłumioną irytacją.

– Nie. – Roześmiała się jakbym powiedziała dowcip. – Wywary z ryb, nie zapomnij, ugotuj głowy i kręgosłupy. Masz duży garnek?

Otworzyłam szafkę z garnkami.

– Dziękuję. Kupiłam słone śledzie. Włóż je do wody, muszą się moczyć przez 48 godzin.

– Gdzie te śledzie? – irytowałam się coraz bardziej.

– W samochodzie, przecież nosić wszystkiego nie będę – obruszyła się. – Mareczek przyniesie.

– Mama zostaje na dłużej?

– Spędzę z wami te dwa tygodnie, przecież sami nie dacie sobie rady. Zajmę gościnny pokój. Kapusty na pewno nie ukisiłaś, a przecież potrzeba do grochu i do krokietów. Trzeba nastawić zakwas na żur i chleb.

– Na chleb? Chleb kupujemy w piekarni.

– Nie w święta. Samemu się wszystko przygotowuje. Mareczek będzie miał święta tak jak lubi.

Popatrzyłam na Mareczka spod zmrużonych powiek. Ciekawe jaką jeszcze niespodziankę mi przygotował? Dobrze wiedział, że zależało mi na spędzeniu świąt tylko we dwoje.

– Masz suszone owoce? – pytanie teściowej wyrwało mnie z rozmyślań.

– Nie, po co?

– Jak to po co? Na kompot.

Błe, nie lubię kompotu z suszu. Grochu z kapustą też nie ani peklowanej szynki.

– Jaką zupę, mama planuje na Wigilię? – spytałam niechętnie.

– Grzybową. Oczywiście, że grzybową.

Możliwe, że znalazłam rozwiązanie, aby przyszłe święta spędzić tylko we dwoje. Uśmiechnęłam się do siebie. 

rysunki: Gosia Zimniak

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments